Powiedzmy sobie szczerze, pamiętam to wszystko jak przez mgłę (takie naturalne zjawisko, które czasem nabiera bardziej dosłownego wyrazu). Zwłaszcza w późnym okresie dojrzewania, kiedy jesteśmy bardzo uwrażliwieni na kontakt z naturą =]. Zaryzykowałbym nawet tezę, że ta szara eminencja pokrętnie wpływa na nasze komórki i dlatego nazywamy je szare(?). Jest więc szansa, że wszystko, co dalej napiszę, jest wytworem mojej szaro-komórkowej wyobraźni i wcale się nie wydarzyło. A jeśli już, to z pewnością jest solidnie przedawnione.

Po co ten prolog? Ano po to, że my sobie tutaj tak naturalnie, otwarcie i płynnie przechodzimy przez różne stadia rozwoju mojego wypaczonego umysłu…

(choć słowo „rozwój” zapewne zostanie uznane przez wielu za daleko idącą nadinterpretację – i w sumie powinienem im przytaknąć, ale mogę równie naturalnie pójść w zaparte),

…a kontakt z Urzędem Skarbowym do takich naturalnych przeżyć już nie należy, więc jak coś, to nie wiem i nic nie pamiętam. Chyba.

Zakurzony zeszycik

Odkurzyłem sobie ostatnio pewne zapiski z przeszłości. Stąd ten wpis. Pisałem to kilkanaście lat temu:

Siedziałem wtedy na lekcji informatyki, a moi koledzy z klasy rozmawiali o chłopaku, który w Necie zarobił jakieś pieniądze.

Przypomnę tylko, że w tamtym czasie Net był niemalże na kartki i mało kto miał do tego ustrojstwa szatana dostęp na stałe, a ja jak ostatni Mohikanin podłączyłem się do sieci rozpusty z lekkim opóźnieniem.

Zainteresował mnie oczywiście temat zarabiania pieniędzy. Po wielkim sukcesie w branży gastronomicznej (Kanapeczki?) i nie mniej spektakularnym wejściu na rynki zakładów sportowych, nic mnie nie mogło powstrzymać.

Hir Aj Kam! I tak wkręciłem się w pewną grę, która na zawsze, hmn… a przynajmniej na jakiś czas =] zmieniła moje życie.

Dostałem od kolegi (pozdrawiam, jeśli to czyta!) link do strony, z której miałem zainstalować sobie jakiś program i w nim miałem zbić te kokosy, których szukałem w wiejsko-miejskiej dżungli. Z zapowiedzi wynikało, że wystarczy sobie tylko grać – w karty.

Zanim ogarnąłem co to link, jak się robi instalacje i jakie są w ogóle reguły tej gry, minęło pewnie kilka godzin, ale w końcu wszystko już było gotowe. Na moim ekranie pojawił się enigmatycznie brzmiący napis.

W drodze na Mt. Everest przez Texas (Hold’em)

O pokerze wiedziałem wtedy tyle, że podobno można dzięki niemu rozbierać koleżanki i robi się to układając jakiegoś tarota z 5 kart. O Texas Holdem nie wiedziałem natomiast nic, a obszerna wiedza z poprzedniego zdania okazała się mało przydatna. Nie mniej jednak słowo „Everest” sprawiało, że czułem się jakbym miał zaraz szczytować, więc nie omieszkałem spróbować. Ale mniejsza o to…
pierwszy raz - trudne i łatwe

Zasady okazały się przejrzyste. Nie minęło więcej jak 10 minut i już wief7fdziałem wszystko o tej grze! Dwie pary lepsze niż para, ale trafić strita – to dopiero będzie gratka, a kolor – hoho! Full to będzie pełnia szczęścia, a jak będę miał Pokera to w ogóle – pozamiatane! Strzeliłbym sobie wtedy selfie, ale jeszcze tego wynalazku świat nie znał, bo facebooka jeszcze nie było, a Nokia 3310 nawet aparatu nie miała, ale za to można było grać nocami w węża, a bateria i tak tydzień trzymała! Wróćmy jednak to innej gry…

W teorii – podobna do gry w kości – easy. Żeby mieć pewność musiałem jeszcze tylko spróbować w praktyce – na szczęście nie musiałem nic inwestować, więc próbować mogłem do woli.

Mój pierwszy raz

Teraz to mnie nawet trochę śmieszy, ale muszę się przyznać, że wciągnęło mnie to tak bardzo, że pierwszego dnia spędziłem 13h po szkole przed monitorem, żeby zagrać kilka darmowych turniejów (o nazwie SHASTA). Na każdy czekałem 30 min – i jeśli akurat radiowe łącze nie przycięło się na dłużej niż 3 sekundy i jakimś cudem załapałem się na jedno z ostatnich miejsc do turnieju – to miałem niesamowitą szansę wygrać aż 5 centów (ewentualnie 2 lub 1 cent – nie byle jaki, bo amerykański =] – za odpowiednio 2. i 3. miejsce). Rozgrywka trwała ok. 30 min, ale czasem i w pierwszej mi się udało już odpaść, więc trzeba było się uzbroić w cierpliwość. Udało mi się zagrać całe 6 razy!

Od samego początku starałem się zaprojektować jakąś taktykę, więc postanowiłem zapisywać sobie wszystko w notatniku. Dlatego mogę to wszystko teraz odtworzyć. Szukałem czegokolwiek, co daje jakieś wymierne rezultaty. Od podejścia, że opcje są 2: wygram / przegram, więc mam jakieś 50% szans w każdym rozdaniu. Poprzez taktykę, że jest nas przy stole 10 os., więc moje szanse to ledwie 10%. Potem pojawiły się nie mniej głupie, ale już bardziej wyrafinowane teorie: w talii są 4 kolory, więc jak mi brakuje jednego do koloru, to mam 25% szans. Strategię jaką uznałem za obiecującą w skrócie opisałbym jednak tak, że nic nie robię póki nie mam kosy – tak zwanego NUTSa – wtedy na spokojnie wygrywam i czekam dalej na płatne miejsca.

Pod koniec pierwszego dnia (a raczej nocy) cieszyłem się zyskiem całych 3 centów. Pamiętam, że nie omieszkałem się rano pochwalić mamie, że właśnie przepracowałem swój pierwszy dzień w nowym fachu i niedługo będę zarabiał na te wszystkie kokosy, które mi chodziły po głowie.

– Dobrze, dobrze… a zarobiłeś na ten Internet chociaż?

To pytanie ostudziło zapał do dalszych przechwałek. Były jednak jakieś pozytywy tej całej sytuacji – wypracowałem swój pierwszy styl (teraz wiem, że nazywał się Tight i w dodatku w najgorszej formie czyli ultra pasywny). To taki instynktowny schemat, który wcześniej czy później każdy pokerzysta przerabia na początku „kariery”.

Wychować garnek nad rzeką!

Od tamtego dnia spędzałem baaardzo dużo czasu grając. W zasadzie to cały czas po szkole grałem. W pewnym momencie już zapomniałem co to NeedForSpeed czy FIFA i komputer służył mi tylko i wyłącznie do… pracy! Póki co to był niestety wolontariat. Szukałem jednak wytrwale coraz to lepszych taktyk (metodą prób i błędów, bo literaturą i doświadczeniami profesjonalistów to ja się nie hańbiłem; „Każdy głupi potrafi iść na skróty i papugować” – mówiła przecież Zosia Samosia).

Dużo natomiast rozmawiałem z kolegami z klasy, którzy też grali i czasem dzielili się swoimi odkryciami. Np. sposobami jak wyciągnąć 100$ za samą rejestrację, a potem zrobić to samo na inne dane, żeby mieć kolejne 100$, które można od razu wypłacić – jak się ma oczywiście konto w banku i 18 lat lub takiego znajomego. Niestety ja się nigdy nie załapałem na takie „promocje”, bo jak się organizatorzy orientowali, że w kraju miodem i cebulą pachnącym, nieletnie polskie orły to jednak ssaki i doją system jak młode byczki, to zakręcali kolejny kurek niczym Putin Ukraińcom i trzeba było szukać innego źródełka albo grać fair.

pierwszy raz - poker

To była taka trochę patriotyczna działalność z naszej strony =] sprowadzaliśmy wirtualną gotówkę z zachodu nad Wisłę. Stworzyliśmy takie kółko wzajemnej adoracji, które na każdej przerwie o niczym innym nie rozmawiało, tylko o pokerze. Rozemocjonowani dzieliliśmy się wrażeniami, które wymienialiśmy w dziwnie brzmiącym języku. Osoby postronne nie wiedziały czy my jeszcze mówimy po polsku, czy już może po szatangielsku, bo choć angielski pewnie rozpoznawały, to w naszym wykonaniu i tak był on niezrozumiały. Ale co się dziwić, kiedy ja mówię Ponglish’em „i wtedy Raise Pot na River”. A koleżanka się zastanawia po co ktoś wychowuje  garnek nad rzeką?

Niestety mi się nigdy nie udało skroić nawet 50$ sposobem na rejestrację, więc robiłem dalej to, co już znałem i umiałem. Tak dorobiłem się na SHASTACH pierwszych 20 centów, żeby móc wejść na najtańsze stoły gotówkowe (tzw. CASHE). W odróżnieniu od Turniejów, gdzie wygrywają tylko Ci, co zostaną najdłużej, na stolikach gotówkowych (CASH’ach) można było dołączyć i odejść w każdej chwili i zabrać wszystko co się miało ugrane. To było kuszące! Skusiłem się więc i ja…


To jest #8 fragment historii, którą będę opisywał w serii MaKaO na drodze do… Poniżej znajduje się cała lista, którą będę aktualizował na bieżąco.

#0 MaKaO na drodze do… [wstęp]
#1 Trudne złego początki
#2 Mój pierwszy biznes zniszczyła MAFIA
#3 Co takiego rodzice wiedzą o Tobie, o czym dowiesz się dopiero za 10 lat?
#4 Dzieci wychodzą z Facebooka
#5 Jak wykorzystałem haki na mafię kolejową? 
#6 HIGH SCHOOL – jaka będzie szkoła kiedy dzieci wrócą po wakacjach?
#7 HIGH SCHOOL offroad – nie puszczaj dziecka do szkoły średniej, bo zejdzie na złą drogę
#8 HIGH SCHOOL offroad #2 – pierwszy raz w Internetach [To jest ten wpis]
#9 High school offroad #3 – kto gra w karty ten ma łeb obdarty


 

Zdjęcie główne pochodzi z FreeImages.com/G Schouten de Jel