Święta to taki czas przemyśleń i mi też się udzieliło. Zaplanowałem sobie ostatnio, że napiszę 2 słowa o moim podejściu do życia, bo to bardzo rzutuje na wszystko co robię.

Życie to gra

Widzę to tak, że jesteśmy takimi Avatarami, które są sumą tego, co sami o sobie myślimy, tego jak widzą nas inni, tego skąd pochodzimy, gdzie mieszkamy, kim są nasi przodkowie i kto/co nas otacza. Jesteśmy mieszanką tego, co mamy w planach, tego jak się obecnie czujemy i tego co już przeżyliśmy. Sumą doświadczeń, które zdobyliśmy i które przekazali nam nasi nauczyciele. Nieważne czy ci z tytułem profesorskim, czy tacy codzienni, prości ludzie, którzy dzielą się z nami radami w warzywniaku, w tramwaju czy w Internecie. Taki swoisty mix głupoty i mądrości, radości i bólu, planów i spontaniczności, wiedzy i wiary. Tak – to ostatnie też stoi po przeciwnej stronie szali (i razem z ignorancją obejmuje wszystko to, czego nie wiemy).

Nie atakuję tutaj wiary w żaden sposób, bo trudno się mierzyć z duchem. Warto sobie jednak uświadomić, że wiara jako taka wynika z niewiedzy. Albo wiem, że tak jest, albo wierzę, że tak jest (trzecia opcja: mam to gdzieś i jestem w tej dziedzinie ignorantem). Wiara jest moim zdaniem bardzo potrzebna, bo stara się wyjaśnić to, czego nie znamy. Jest często motywacją do poznawania/odkrywania i oznaczania kolejnego „obszaru” flagą z napisem EUREKA. Jest też drogowskazem i straszakiem dla mas, który wykorzystują na przestrzeni dziejów władcy i rządzący.

Z perspektywy pionka…

Żyjemy sobie przez jakiś czas i potem znikamy. Nie wiemy po co, nie wiemy czy naprawdę, nie wiemy też jak długo. I to jest w tym wszystkim najciekawsze.

Jeśli życie to gra, to jest najlepsza, w jaką było mi dane zagrać. Nie ma tu stałych reguł. A te, które są, są często sprzeczne. Raz każą nam zabijać w imię wyższych ideałów, innym razem nakazują chronić każde życie. Czasem ten absurd dochodzi tak daleko, że nakazują otwierać drzwi do domu terrorystom, a innym razem na własnym podwórku walczy się za wszelką cenę o życie jednej schorowanej jednostki, która najczęściej i tak odchodzi w męczarniach. A wszystko to kosztem zagłodzenia dziesiątek innych istnień. Ja nie mam nic przeciwko poświęceniu i dobroczynności, jeśli to się odbywa za zgodą tych, którzy się poświęcają. Ale kiedy to ma miejsce za przymusem i pod groźbą represji, to mi już się to mniej podoba. To nie jest dobroczynność, a ja nie lubię obłudy – dlatego nienawidzę reklam i polityków. Prawą ręką karzą nas za kradzież, lewą sami nas codziennie okradają (dla naszego dobra oczywiście). Ale to w końcu tylko gra – niech wygra lepszy =] Głupsi kupią i zagłosują – sprytniejszy się dorobi. Poniekąd to nawet rozumiem i widzę w tym działaniu jakąś logikę.

Nie rozumiem natomiast ignorantów, którzy są głośni i fanatyczni. Wyłażą na ulicę krzycząc coś o waginach, „gdzie jest krzyż” i „demokracja”. Jestem przekonany, że większość nawet nie wie do końca o co chodzi, ale idzie zgodnie z tłumem. Czy już wszystkich obraziłem? Ale kogo obchodzi to, kogo rozumiem, a kogo nie? Wszyscy pewnie są potrzebni, a na planszy jest miejsce dla każdego:

  • dla tych, którzy chcą sobie pograć solo (pobawić się i odejść)
  • dla tych, którzy chcą spokojnie żyć i tylko przekazywać dalej geny, wierząc, że ma to jakiś sens
  • dla tych, którzy dla dobra innych gatunków chcą oczyścić Ziemię z wirusa jakim jest ludzkość =] i bawią się w Hitlera.

Dla takiego brojlera, czy prosiaka w hodowli zwierząt, Hitler pewnie powinien trafić od razu do nieba – za to, że pokazał ludziom (w delikatny sposób) jak wygląda prawdziwy holokaust, jaki na miliardową skalę każdego dnia ludzie gotują zwierzętom hodowlanym. Nie jestem żadnym vege-fanatykiem, ale staram się patrzeć na to w miarę obiektywnie – jako polemikę polecam – film „ziemianie”.

Jest oczywiście też miejsce:

  • dla tych, którzy za każdego człowieka są w stanie oddać życie – czasem własne, częściej cudze =]
  • dla tych, którzy w ogóle się w ogóle nad sensem życia nie zastanawiają i robią dokładnie to, co wszyscy dookoła
  • i dla tych, którzy nic innego nie robią, tylko się zastanawiają, po co to wszystko się kręci wokół słońca
  • jest też miejsce dla tych, którzy mają na pierwszy rzut oka wszystko (majątek, piękną rodzinę, bujne życie towarzyskie i prywatne)

dan-bilzerian - życie to gra

Dan Bilzerian – milioner, który dorobił się na pokerze, czy spryciarz żyjący na koszt okradzionych przez tatusia?

  • i dla tych, którzy brudni śmierdzą na ulicy, prosząc o chleb, piwo czy parę groszy
  • jest też miejsce dla tych, którzy wierzą, że jest ograniczona ilość wszystkiego na Ziemi i jedyny sposób, by się dorobić to zabrać coś innym – maszerują sobie ze sztandarem „życie to jest walka” i wierzą, że ich dobrostan musi być okupiony przegraną jakiegoś przeciwnika
  • ale są na szczęście też i tacy, którzy jak ja wierzą, że wszystkiego mamy pod dostatkiem i sami tworzymy nowe dobra, jeśli więc nam czegoś brakuje, to sobie zawsze możemy to zrobić (sami lub razem z innymi); nie ma potrzeby nikogo okradać, nikogo zwyciężać.

Wszyscy są pewnie potrzebni. Bo ktoś tę grę kiedyś zaprogramował i z perspektywy pionka na planszy jest to skomplikowane arcydzieło. Programista musi być geniuszem – nie wiem czy to Bóg, bogowie z jakimś seniorem na czele, kosmici czy może chaos i przypadek. Nie wszystko ogarniam, ale to nie ma znaczenia. Nigdy pewnie się nie dowiem, czy żul pod sklepem ma pełnić edukacyjną rolę straszaka dla moich dzieci i istnieje tylko po to, bym mógł powiedzieć coś w stylu „jak się nie będziesz starał, to będziesz pilnował połączenia chodnika z fasadą sklepu jak ten pan”. Może to tylko minion, a może to jakaś magiczna postać, u której można zgłębić sens życia. Równie dobrze może to być chodzący portal – miejsce, gdzie można podbudować swoje ego i dobre samopoczucie wrzucając kilka monet i odhaczając zaliczenie kolejnego „dobrego uczynku”. Może to być jednak tylko inny gracz, który na starcie wybrał sobie „Level Hard” albo zwyczajnie nie ogarnia. Kto to wie? Pewnie nikt. Dlatego ja skupiam się na tym, że mój Avatar jest tu, gdzie jest i moja gra jeszcze się toczy. Bawię się póki mogę i staram się, żeby było ciekawie.

Jak żyć? Jaki jest cel tej gry?

Na naszej planszy można spotkać takich, co mówią, że wiedzą więcej i narzucają pozostałym swoje wartości, prawa i rekomendacje. Czasem w garniturze, innym razem w todze, T-shirt-ie, a czasem w sutannie. Są też i tacy, którzy ślepo im wierzą i czynią co „prawe, dobre i moralne”.

Jak każą przekraczać asfaltową granicę wtedy i tylko wtedy,  gdy zaświeci się zielone światełko i na ziemi namalowane są akurat białe paski, to przejdę. W przeciwnym razie stoję i czekam na zielone oświecenie. Nieważne, że mamy 3:00 w nocy, aut po horyzont nie widać i z perspektywy mieszkańca Hong-Kongu sterczymy do góry nogami przed pustą drogą jak wytresowany terier czekający na komendę „aport”. Kazali? Robimy.

Jak każą zakrywać twarz czarną chustą, to się za nią schowamy, jak każą strzelać do innych, to strzelimy, jak każą klęczeć do ciastka w złotej ramce, to klękniemy. Nie ważne, czy uzasadnią to „OJCZYZNĄ”, „HONOREM”, „WIARĄ”, „RODZINĄ”, czy świętym spokojem. Coś do nas trafi. Może nie wszystko, ale pewnie dużo.

Nie wiem, co jest dobre, a co złe. Domyślam się, że lepiej klęczeć do ciastka niż strzelać do dzieci. Wydaje mi się, że lepiej stać do czerwonej żarówki, niż zapłacić 100 zł mandatu, uciekać przed policją lub udawać sierotę. Albo, co bardziej obrazowe, lepiej niech wszyscy stoją jeśli „sierota” ma zniszczyć święta kierowcy, który jej nie zauważy, spacerującej przy czerwonym blasku po zebrze niczym o zachodzie słońca hiena na sawannie po martwym koniu w paski.

A jeśli ten kierowca jedzie akurat na jarmark w Niemczech?

Są jednak i tacy, którzy mają to wszystko w dupie. Społecznie napiętnowani, potępieni i wykluczeni, bo akurat w tej szerokości geograficznej dane zachowanie nie jest modne. Lubię ich =]

Tak naprawdę, to w każdym z nas jest taka mieszanka jednych i drugich i nikt nie wie, co jest tak naprawdę słuszne. Mnie osobiście irytuje tylko jedno podejście – jak ktoś jest przekonany, że wie, kiedy nie wie =] jakby każdy poprzedzał swoje tezy takim zlepkiem „wg mnie…” albo „mi się wydaje, że…” + „mogę się oczywiście mylić…” to by był jak Lincoln i może by został prezydentem =] i ja bym się mniej denerwował. Ale Lincoln był jeden, a dziś mamy u nas tuziny idiotów krzyczących w zależności od pory roku i mody na poglądy: „gdzie jest krzyż!” i „demokracja!”. Jedni robią sobie selfie ze zniczem pod pałacem prezydenckim, inni strzelają samojebkę z pizzą w sejmie.

Szkoda mi tych, którzy myślą, że ktoś walczy w ich imieniu, bo ja jestem przekonany, że oni po prostu grają w swoją grę i chcą nas ograć.


To jest #1 część z serii #The Game. Poniżej znajduje się cała lista:

#1 – CZY ŻYCIE TO GRA? [to jest ten wpis]
#2 – Game Changer
#3 – Punkty w grze: Pieniądze
#4 – Cel (Jaką rolę ma kapitał?)

Zdjęcie główne pochodzi z FreeImages.com/MÁRCIA RODRIGUESsilne st